Pan Witek i Patyczak to swoisty folklor muzyki punkowej. Obaj tworzą podczas swoich występów happeningi, prowokują, zarówno działaniami, jak i tekstami piosenek. Oczywiście punkt nalezy się tu Patyczakowi, który jako przedstawiciel młodego pokolenia bije na głowę Pana Witka swoją sceniczną odwagą. Brudne Dzieci Sida znane są przecież z kilku mało wyszukanych, choć skutecznych promocyjnie, na tyle na ile w punku mozna mówić o promocji, akcji. To Patyczak rozbiera się na scenie śpiewając, że nie ma nic do ukrycia, to Patyczak występuje z gitarą przewieszoną na wielkim łańcuchu i to Patyczak wreszcie rwie podczas każdego występu struny z instrumentu. Starzy wyjadacze powiedzą - to ograne chwyty - wszystkie sławy punka tak się zachowywały. Rzeczywiście, ale nikt do tej pory nie odważył się tego robić w dobie jako takiej wolności politycznej w Polsce. Jakże łatwo było sie rozebrać w imię protestu i walki z systemem socjalistycznym, ale jakże trudno jest to robić, gdy niezależne wytwórnie zaczynają liczyć zyski i kalkulują, kto sprzeda się w 50 egzemplarzach a kto w dziesiątkach tysięcy.
Patyczak zaryzykował, że jego sceniczne zachowanie spodoba się młodziakom, i co najmniej rozbawi ortodoksów, zaryzykował, że scena go nie odrzuci i że za cenę etykietki punkowego dowcipnisia prześlizgnie sie przez tłum mało znanych kapel. Tak też się stało - na początku Brudne Dzieci Sida wydały kasetę z koncertu na Rozbracie własnym nakładem (wyd. Agrafka), której opakowanie sygnowane było oryginalnym zamknięciem z agrafki na kolorowym sznurku, później ukazała się koncertowa, już dwukasetowa reedycja "Love Kills" w wytwórni Miami z bogatą wkładką. To znak, że i muzyka i sam Patyczak spodobał się publiczności. Co w Brudnych Dzieciach Sida może się podobać? Na pewno nie doświadczenie. Wręcz przeciwnie - prostota przekazu, sterowany prymitywizm. Patyczak woła w kapitalistyczny świat zupełnie beztrosko: "Punkowa we mnie płynie krew, więc nowej drodze idę wbrew, i jedno czego chcę od życia, to nie mieć nic do ukrycia".